Zaburzenia lękowe

Dotkliwe traumy, sytujace wywołujące głęboki stres, predyspozycje osobowościowe, które trudno nam okiełznać – zaburzenia lękowe mają wiele przenikających się źródeł. Część z nich zaczyna się już w dzieciństwie i trwa przez długie lata, niszcząc nasze zdrowie psychiczne i odbierając pewność siebie. Tak właśnie rozpoczęła się lękowa historia Karoliny.

„Dzieciństwa nie kojarzę z beztroską i radością. Już od piątego roku życia byłam bardzo wycofana i nieśmiała. Unikałam zabaw w grupie. W domu zamiast obiadu czekały na mnie kolejne awantury. Przez kolejne lata dorastałam wśród haosu, kłótni i poniżania. Mój tata znęcał się nade mną i moją mamą. Któregoś dnia przyznał, że nie powinnam się urodzić. To zdanie prześladowało mnie przez kolejne lata. Zła sytuacja w domu sprawiała, że nie byłam wystarczająco skupionym uczniem. Bałam się powrotu do domu – to było wszystko, o czym potrafiłam myśleć, kiedy byłam w szkole. Koledzy z klasy widzieli to, jak bardzo izoluje się od reszty. Zaczęli mnie gnębić, przezywać mnie. Te słowa budziły we mnie wstręt do własnego ciała. Byłam w szóstej klasie, kiedy zaczęłam myśleć, że nie zasługuję na to, by żyć. Głodziłam się i okaleczałam. Ukrywałam blizny pod długimi rękawami. Gimnazjum było momentem przełomowym. Odcięłam się od toksycznych znajomości, ale moje lęki nie pozwalały na zawiązywanie nowych kontaktów. Bałam się odzywać, unikałam jakichkolwiek interakcji w grupie. Ale w końcu trafiłam na równie nieśmiałą dziewczynę, z którą udało mi się zaprzyjaźnić. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może być lepiej. Ta przyjaźń pomogła mi zrozumieć wiele rzeczy. Odkrywałam siebie i swoją orientację seksualną. Gdy miałam piętnaście lat, mój ojciec otrzymał diagnozę. Zmagał się z chorobą dwubiegunową. Zaczął brać leki i sytuacja na krótki czas poprawiła się. Stał się spokojny i opanowany. Poszłam do liceum – dostałam się do wymarzonej szkoły, ale nadal trawiły mnie lęki. Nie przestawałam się okaleczać i głodzić. Pewnego dnia, po powrocie do domu, zastałam tam pijanego ojca. Usłyszałam, że jestem najgorszą córką na świecie, że nie zasługuję, żeby żyć. I tego było za wiele. Tamtego dnia chwyciłam za żyletkę i próbowałam podciąć sobie żyły. Znalazła mnie moja mama – nigdy nie zapomnę, jak bardzo przerażona była w tamtym momencie. Z tamtego dnia nie pamiętam wiele, ale wiem, że to ona uratowała mi życie. Obiecała, że nie pozwoli mnie więcej skrzywdzić. Wspólnie znalazłyśmy psychiatrę, dzięki któremu uporałam się ze swoimi problemami. Od tego czasu minęło kilka lat i choć wiem, że przede mną jeszcze długa droga do szczęścia, z optymizmem spoglądam w przyszłość.”

Kolejna historia zaburzeń lękowych należy do Dominiki, u której nerwica rozwinęła się jeszcze w okresie dojrzewania – gdy presja własnych oczekiwań okazała się zbyt ogromna.

„Od zdenerwowanego dziecka po znerwicowaną dorosłą. Dorastając, każdą kolejną zyciową rewelację przyplacałam ogromnym stresem – większym z każdym kolejnym rokiem. Jako mała dziewczynka nie lubiłam szkolnych przedstawień, nie zabierałam głosu nigdy, gdy nie miałam stuprocentowej pewności o swojej racji. Bałam się popełniać głupstwa jeszcze zanim mogłam nauczyć się, czym właściwie jest mądrość. Ale radziłam sobie – czasem lepiej, czasem naprawdę kiepsko. W poszukiwaniu bezpieczeństwa starałam się być tak dobra, jak to tylko możliwe. Idealne oceny, idealnie przygotowane odpowiedzi. W między czasie wciąż borykałam się sygnałami wysyłanymi przez moje ciało – bóle brzucha, kręgosłupa, zawroty głowy. Później, gdy byłam już starsza, bywało, że zanim odezwałam się do ekspedientki w sklepie, przez kwadrans chodziłam miedzy półkami, myśląc o tym, jak ubrać prośbę w odpowiednio sympatyczne i wystarczająco jasne słowa. Brzmi meczaco i takie właśnie jest. Ale jeszcze bardziej męczące były momenty, w których rzucano mnie na głęboką wodę. Czasem po prostu trzeba coś załatwić. Wykonać telefon, odezwać się do kuriera stojącego w drzwiach albo kupić bilet do kina. Jąkałam się, czerwieniłam. Byłam absolutnie przerażona!

Gdy potrafi się trzymać na wodzy reakcje własnego ciała, wszystko, o czym wspominam, wydaje się całkiem proste. Wielu ludzi przechodzi stresujące sytuacje, to nic niezwykłego. A rodzice wciąż powtarzali mi, że bycie „histeryczką” przejdzie mi z wiekiem. Niestety, nie mieli racji. Od liceum sprawy miały się gorzej i gorzej. Będąc prawie pełnoletnia po raz pierwszy trafiłam do psychologa, ale nawet przed nim bałam się przyznać, że nie jestem idealna. Szybko zrezygnowałam z wizyt, jednak efekt kuli śnieżnej sprawił, że nie miałam już innego wyjścia – musiałam wrócić do gabinetu. Już od pewnego czasu borykałam się z uczuciem gubionych rzeczy. Naprawdę obawiałam się, że jeśli wysiądę z autobusu, w środku nadal będzie moja torba czy plecak. A może zostawiłam tam słuchawki albo bilet miesięczny? Ten strach był wystarczającym powodem, by czasem przegapić kilka przystanków. Drzwi, które mogłyby wciąż pozostać otwarte, sprawdzałam kilka razy – dla pewności. Później po prostu zaczęłam robić zdjęcie, by w chwili wątpliwości móc na nie spojrzeć.

Aż w końcu któregoś dnia, wysiadajac z autobusu, zabrakło mi powietrza. Pierwszy poważny atak paniki sprawił, że myślałam o sobie jak o wariatce, bo w jego trakcie naprawdę byłam przekonana, że umieram. Długo zajęło mi dojście do siebie. Siedziałam wtedy na przystanku, próbując wykręcić numer do współlokatorki.
Na tym się nie skończyło. Ataków było więcej. Bywały momenty, w których czułam się tak zmęczona stresem, że przestawalam być obecna we własnym ciele, czułam się pusta i obojętna. Powoli wycofywalam się z życia. Zapomniałam, jak poprawnie funkcjonować. Obwiniałam się każde niepowodzenie, każdą nadarzającą się trudność.

Twraz wiem, ze potrzebowałam leków i terapii. To nie tak, że jestem już całkiem zdrowa. Że przestałam się martwić i tonąć w nadinterpretacji wszystkiego, co mnie otacza. Ale jestem bardziej świadoma. Leki pozwalają mi przesypiać całą noc i znajdować siłę na walkę z codziennymi trudnościami. Uczę się, jak funkcjonować. Jak przewidywać ataki paniki, jak pomóc samej sobie i zminimalizować ryzyko ich wystąpienia. Staram się pamiętać, że nie wszystko musi być idealne, ale przede mną wciąż daleka droga. Czego nie mówić osobie z nerwicą? Nie mów jej, że to jej wymysły, że wyolbrzymia i szuka problemu. Że to, czym się martwi, jest nieistotne. Przecież każdy ma własną skale problemów.”

* Obraz ambermb z Pixabay